"Cobra Kai". Trzeci sezon na Netflix już 1 stycznia. Mamy nowy fragment.

Dodano 2020/12/31 247 1

"Cobra Kai" był największym sukcesem YouTube Originals. Praktycznie rzecz ujmując ich flagowym i sztandarowym produktem, który jednocześnie okazał się najmilszą niespodzianką na rynku usług streamingowych. Jakie bowiem były oczekiwania widzów? Czy ktoś miał nadzieję, że komuś uda się wskrzesić opowieść o Cobra Kai po 35 latach? Nikt. "Karate Kid" w reżyserii Johna G. Avildsena był oczywiście bardzo sympatycznym filmem dla młodzieży, z pewnością również zasłużenie kultowym, ale nic ponad to. To rodzaj kultu z kategorii omawiania dzieła filmowego z lekkim przekąsem. To przecież tylko lekka i bezpretensjonalna rozrywka. Każdy oczywiście zna mistrza Miyagi i jego szkoleniowe triki, malowanie płotów, stanie w jednej pozycji po kilka godzin no i finał, gdy zdradziecki Johnny Lawrence dopuścił się faulu w finałowym turniejowym pojedynku. Dorastanie w dojo to coś z rodzaju "Niekończącej się opowieści" i kilku innych filmów raczej przeznaczonych dla dzieciaków niż w pełni świadomych widzów, którzy wracają co rusz do seansu. Przy okazji serialu "Cobra Kai" nikt na nic nie liczył. Jakby nie wyszło, nic by się nie stało. Tu nie było takiego ciśnienia jak przy okazji drugiej części "Trainspotting", gdzie wielu widzów w jakiś sposób utożsamiało się ze straconym pokoleniem z Edynburga. 



A jednak "Cobra Kai" to spełnienie wszystkich nostalgicznych uniesień, rzecz bezprecedensowa, bo nie tyle dorównywała oryginałowi, co wyniosła pamięć o oryginale na inny poziom. Wydawało się nam bowiem, że pierwowzór z 1984 roku był lepszy niż zapamiętaliśmy, a powrót bohaterów po latach stanowił wręcz stan pewnego uniesienia. Poznaliśmy ich na nowo, a role się odwróciły. Z miejsca bowiem nasza sympatia skierowana była do Lawrence'a (fenomenalny comeback Williama Zabki), który po feralnych wydarzeniach został życiowym przegrywem. W serialu "Cobra Kai" kibicujemy mu od pierwszych scen, bo przecież to gruba niesprawiedliwość, że jego losy potoczyły się tą ścieżką. Codziennie musi mijać billboardy z uśmiechniętym Danielem LaRusso, któremu powodzi się lepiej niż kiedykolwiek. Sieć sprzedaży samochodów, piękna żona, wspaniała córka. Losy tej dwójki skrzyżują się raz jeszcze, w życiu, na ulicy, na dojo. W swoje konflikty wciągną swoje dzieci, a te rówieśników, własnych przyjaciół. "Cobra Kai" sezon pierwszy to pocisk, drugi już lżejszego kalibru i tak oferował sporo frajdy ze wspaniałym finałem. 1 stycznia wracamy do gry z trzecim sezonem. Obaw jest jednak sporo.



Przede wszystkim pieczę na telewizyjnym widowiskiem trzymał YouTube, a po sukcesach dwóch sezonów pałeczkę przejął Netflix. Czy to dobrze, czy źle, pozostanie nam żyć przez te kilka dni w niepewności. Pierwsze głosy zza oceanu mówią, że "Cobra Kai" utrzymał swój nieskazitelnie czysty poziom rozrywki, u której fundamentów stoi mocno zakrapiana nostalgią melancholia i tęsknota za latami 80. kiedy wszystko było proste i kolorowe. Oby ten sen się spełnił. Przy okazji nadciągającej premiery Netflix pochwalił się nowym fragmentem serialu. Oto i on.


Komentarze